Ironia życia

Wpisy

  • poniedziałek, 21 marca 2011
    • Nastał ktoś...

      20.03.2011r.

       

      No własnie... nastał ktoś, kto nic dla mnie nie znaczył, ale przynajmniej był.

      W jakiś tam sposób stanowił odtrutkę, surowicę, czy co tam można jeszcze wymyślić.

      I znowu ktoś, kto na swój sposób mnie kochał... Ironia życia... Faceci po prostu myśląc o sobie jedynie, mają na myśli jedynie siebie. Co ich, tak na prawdę, do diabła, obchodzi dusza kobiety, jej emocje, jej myśli nawet, czy pragnienia.

      Oni są tak małostkowi, tak nudni, tak przyziemni, pozbawieni wyobraźni i fantazji, że szok...

      Jednak są nam, kobietom potrzebni, jak woda życia, jak świeży oddech wiosny, jak szkrab radosny...

      Na szczęście do poczęcia nowego życia nie doszło, a doszło raczej po dwóch latach jakiegoś dziwnego układu do jego całkowitego rozkładu. I dobrze, bo facet był nie do udźwignięcia raczej. Przynajmniej nie przeze mnie...

      A Maciek...???

      A nasze dzieci????

      A nasza rodzina????

      Wszystko przepadło, rozpierzchło się, zaginęło... jednak nie ucichło.

      Wciąż w mojej głowie, w moim sercu, w moim ciele była ogromna tęsknota za tym, co bezpowrotnie minęło. Dzieci oczywiście zostały, jednak jakieś inne, psychicznie okaleczone, rozdarte.

      Były wciąż ze mną, wciąż nieodgadnione, skryte chyba i bardzo, bardzo zranione. Czułam to w trzewiach tak dotkliwie, że życie stało się dla mnie koszmarną pomyłką.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ryzawo
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 marca 2011 01:46
    • Mój pierwszy po..... Sylwerster

      20.03.2011r.

       

      Najgorsze jednak dopiero przede mną. Nadchodzi wielkimi krokami Sylwester. Przez dwadzieścia lat naszego małżeństwa /podobno całkiem udanego/ raz jeden nie byliśmy nigdzie. Było to masę lat świetlnych temu, kiedy urodziłam Nataszę. No, a teraz, jak mam przeżyć tę noc? Na szczęście zaprosili mnie znajomi, a właściwie znajomy, który od kilku miesięcy smali do mnie cholewy, ale jakoś tak bez entuzjazmu do niego podchodzę. Pojechałam na tego Sylwestra. W noc, w wielką zimę, kawał drogi od Warszawy. I po co? Po to, żeby po dwóch godzinach stwierdzić, że to koszmarna pomyłka, że znalazłam się zupełnie nie w tym miejscu, gdzie trzeba. Jednak wbrew sobie wytrzymałam do północy i wkrótce potem zawinęłam się i wróciłam do domu. I już do końca byłam sama i nawet nie bardzo smutna. Wpuściłam Spinkę do łóżka i do rana oglądałam byle co. Taki był mój pierwszy samotny bal. Dzieci wróciły pod wieczór w Nowy Rok.

       

      Jak to jest, że gdy się takie małżeństwo jak nasze rozchodzi, rozchodzą się również gdzieś na boki nasi przyjaciele, znajomi, bliscy. Wszyscy mnie zostawili, a najlepszy numer to taki, że jak kogoś spotkałam przypadkiem, to uprzejmie mi donosił, że dowiedział się o naszej rozłące, a raczej /i tu niekłamana dzika satysfakcja jaśniała na ustach rozmówczyni głównie – kobiety potrafią być dla swoich psiapsiółek bardzo uczynne i kąśliwe/ o tym, że Maciek mnie opuścił. No i hura, eureka, jak się niewymownie cieszę, że już o tym nadaje Wolna Europa, której a propos już nawet nie ma, ale widocznie jeszcze nadaje, skoro cały świat trąbi, że MACIEK MNIE OPUŚCIŁ.

      Wszyscy już wiedzą, a ja przecież nikomu za bardzo nie mówiłam. Tylko złe wieści rozchodzą się lotem błyskawicy. Nikt do mnie nie zadzwonił, nie zapytał się czy może potrzebuję jakiejś pomocy, jakiegoś wsparcia. Nikt. Jakie to przykre, kiedy raptem wokół siebie czujesz totalną pustkę. Chce ci się wyć i płakać z potwornego żalu, jaki masz do wszystkiego i wszystkich, tylko nie do siebie oczywiście, bo niby za co. To on cię zostawił, to oni o tobie zapomnieli, to tobie zawala się cały świat, więc niby dlaczego masz mieć żal do siebie? Bzdura. No więc nie mam żalu do siebie. Ja byłam w porządku, no prawie w porządku. To Maćka wszyscy powinni osądzić, nie mnie, bo to on mnie zostawił, nie ja jego. To mnie wszyscy powinni żałować, a oni mnie tylko po prostu zostawili, jak trędowatą. Całkiem prawdziwe i oczywiste stało się dla mnie w tym momencie powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie.

      No, bo co można powiedzieć na takie zdarzenie.??????????

      Zaprosiłam swoją jedyną /podobno/ przyjaciółkę na pogaduchy. Miałam nadzieję, że szczerze mnie wysłucha, że utuli w żalu, ale gdzie tam. W żalu mnie nie utuliła, a szczera to też na pewno nie była. Skończyło się na tym, że właściwie to nawet się pokłóciłyśmy. Jejku, z kim ja się zadaję. Kiedyś, za studenckich czasów może nawet się przyjaźniłyśmy. Spędzałyśmy mnóstwo czasu razem, razem bawiłyśmy się, razem zakochiwałyśmy i odkochiwałyśmy. Wszystko robiłyśmy razem.

      Kiedy wyszłam za mąż za Maćka, urodziłam jedno dziecko, potem drugie, nasze drogi zaczęły się raptownie rozchodzić, nie miałyśmy sobie już tylu rzeczy do powiedzenia, nie chciałyśmy już tak często razem spędzać czasu. Przez dwadzieścia kilka lat tej naszej pseudo przyjaźni uległa ona tak zasadniczej transformacji, że dziś jest zupełnie nie do poznania. Myślę, że ona działała tylko w jedną stronę. To ja byłam zawsze na właściwym miejscu, to mnie się wypłakiwała w mankiet, to ja brałam jej problemy i problemiki na swoją głowę. A co ona? Potrafiła mnie tylko oceniać /nie zawsze, a raczej bardzo rzadko, pozytywnie/, wręcz krytykować, cokolwiek zrobiłam, lub czegokolwiek nie zrobiłam. Wszystko było dla niej nie tak, a ona miała wszystko najlepsze, najładniejsze, no i sama chyba też była najlepsza i najładniejsza. Jej pomysły i rozwiązanie zawsze były doskonałe, a jej opinie zawsze konstruktywne. Po prostu okaz wszech wiedzy, wszech taktu i wszech innych pierdół. Zgroza. Od wielu lat, wciąż zastanawiam się nad pewnego rodzaju fenomenem naszej „przyjaźni” i z podziwu wyjść nie mogę nad jego wieloznacznością.

       

      Minął jakiś niezwykle ciężki dla mnie czas.

      Owładnął mną raczej nieciekawy marazm i niechęć do wszystkiego. Maciek dowoził od czasu do czasu dwie reklamówki, chyba tak, abyśmy mogli jakoś przeżyć. Płacił za prywatne szkoły dzieciaków i jakoś takoś wlokło się to moje słabe życie, gorzej niż flaki z olejem.

      Nie posiadałam żadnych nowych mądrych planów, nie chciało mi się realizować starych.

      W nikim nie miałam żadnego wsparcia i czułam się tak samotna, jak nigdy wcześniej się nie czułam. Opuścili mnie prawie wszyscy… prawie.

      Znalazł się też na mojej drodze ktoś, kogo nie pokochałam, ale przynajmniej był przy mnie...

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ryzawo
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 marca 2011 00:18
  • niedziela, 20 marca 2011
    • Święta, święta...

       

      No i pojechaliśmy. Maćkowi powiedziałam zwyczajnie, że nie chcę z nim spędzać żadnych już świąt. Chyba nawet za bardzo się nie zdziwił chociaż czułam, że zrobiło mu się głupio, a może nawet przykro. A jeśli nawet, to co? Przecież nie mógł sobie wyobrażać, że ot tak usiądę z nim przy jednym stole i będę cała happy. A nawet, jeśli sobie tak myślał, to tylko jego sprawa. Niech sobie myśli co chce.

      Ciocia moja kochana, jak tylko zrozumiała, co się święci na te święta, o mało co nie zemdlała. Ona też uważała, że jesteśmy taką dobraną parą...No, ale nie omieszkała mi przyciąć, że stale się do swojego Maciusia przymilałam i stale byłam w niego wpatrzona, jak w obrazek.

      -         A mówiłam ci Oleńko, że to nie jest dobrze, kiedy kobieta tak bezgranicznie temu swojemu chłopu ufa i taka jest cała zakochana i tak mu daje to wszystko do zrozumienia. A mówiłam ci, Oleńko. I widzisz, co się porobiło. Maciek za dobrze wiedział, że ty go tak bardzo kochasz. Znalazł sobie jakąś młodszą, może nawet i ładniejszą i tyle go widzisz.

      -         Dzięki, ciociu. Młodszą i na dodatek ładniejszą. Ale śmieszne. Chcesz mnie pocieszyć? W tym akurat nie masz racji, bo domyślam się kto to jest. Powiem wam wszystkim więcej. Ja już rok temu, na jesieni zaczęłam coś podejrzewać. Dopiero, jak Maciek się wyniósł połączyłam w całość różne drobiazgi i wyszło szydło z worka. Zdziwicie się. To jest babka z pracy, Maćka podwładna, ciepła wdówka, której właśnie rok temu pomógł pochować zapewne ciepłego jeszcze nieboszczyka -  męża. No i oczywiście musiał cieplutką wdówkę pocieszyć i pocieszał ją tak skutecznie przez ten rok, że go przyjęła pod swój wdowi daszek.

      No i zaczęło się. Całe szczęście, że  wszystkie dzieciaki poszły do drugiego pokoju oglądać  w tv coś tam, coś tam.

      Wszyscy na mnie napadli. No bo gdyby to jeszcze była właśnie jakaś młodsza, ładniejsza dziewczyna, co może poleciała na kasę Maćka, a on, mężczyzna w średnim wieku dał się złapać w sidła, no to jeszcze. A tak..., to jak ja mogłam do tego dopuścić, nie kontrolowałam Maćka, czy co. Na pewno go nie sprawdzałam, bo gdyby tak było, to nie doszłoby do takiej historii. Ciepła wdówka! No nie. Tego wybaczyć mi nie mogą. Kochana rodzinka, małomiasteczkowe myślenie, a może w ogóle nie myślenie. Znowu mi się dostało. Po co ja tu przyjechałam. Trzeba było siedzieć w domciu z dzieciakami i może by się przeżyło te święta bez niepotrzebnych, dodatkowych stresów. Jak to dobrze, że mój bratanek, Karol, zabrał dzieciaki na to cos tam, coś tam.... Przynajmniej one bawią się znakomicie. Słychać salwy śmiechu, rechotanie jakieś niesamowite. No i dobrze.

      Mi tam wcale nie do śmiechu. Mogłabym już wracać do domu.

       

      W końcu wróciłam... do pustego....

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ryzawo
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 marca 2011 22:48
  • poniedziałek, 07 marca 2011
    • Milczenie...

      06.03.2011 /jeszcze raz/

       

      Wciąż zastanawiam się dlaczego Maciek nie podjął ze mną, może nawet z nami, żadnej rozmowy. W ogóle nie wiem na czym stoję. Wyprowadził się i wszystko. A przecież dom w budowie i my /we trójkę teraz, chyba na szczęście/ gnieździmy się w malutkim mieszkanku po moich rodzicach. Jak on to sobie wszystko wyobraża? Czy zdaje sobie sprawę z konsekwencji takiego postępowania?

       

      W końcu przyszedł dzień, że Maciek z nową dostawą dla dzieci natknął się w domu na mnie. Byłam tak tą niezapowiedzianą jego wizytą zdenerwowana, że właściwie nie pamiętam jej przebiegu. Pamiętam dokładnie jednak  czym ona się skończyła. Maciek stanął w oknie, tyłem do mnie, coś tam mówił i w pewnym momencie usłyszałam:

      -         Ola, przecież ty wiesz, że na swój sposób to ja cię bardzo kocham.

      No przepraszam, jeśli taką ucieczkę można nazwać „swoim sposobem”, to powinszować poczucia humoru. Zupełnie w pół mnie zgięło. Poczułam coś ogromnego w gardle i w brzuchu. Zrobiło mi się niedobrze i duszno. Ratunku!! Okno zablokowane, nie mam wyjścia, łzy same cisną się do oczu. Zaraz wybuchnę wielkim rykiem. Wpadłam do łazienki i wypłakałam się za wszystkie czasy. Kiedy z niej wypełzłam, Maćka na szczęście już nie było. Na szczęście nie było również dzieci. Nie chciałam, żeby widziały moją klęskę.

       

      Całkiem powoli dochodzę do siebie. Nawet bardzo powoli. W dalszym ciągu nie wiem na czym stoję, jednak zupełnie nie mam ochoty na jakiekolwiek rozmowy. Dla mnie to definitywny koniec. Nie ma o czym właściwie mówić. Z tonącego statku uciekają  nawet szczury. Kapitan opuszcza go jako ostatni, a czasem nawet zostaje na nim do samego końca... To ja zostałam.

       

      Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Świetnie. W końcu kiedyś musiały nadejść. Zdarza się to przynajmniej raz w roku i mi zdarzyło się to właśnie teraz. Zaskoczyły mnie w najmniej odpowiednim momencie. Nigdy za nimi nie przepadałam, na pewno od śmierci mamy. Potem, kiedy nagle umarł mój całkiem młody ojciec, stały się dla mnie udręką. Te wszystkie przygotowania, wymyślanie prezentów, cała ta wielka pompa, blichtr, to wszystko doprowadzało mnie zawsze niemalże do depresji. A teraz? W ogóle nie wyobrażam sobie ich przebiegu. Stanęłam po prostu nad przepaścią. Przecież nikt z rodziny nie wie, że u nas coś nie tak. Jak z tego wybrnąć? Udawać? A fe, to wstrętne. Nigdy tego nie potrafiłam i teraz też zapewne nic z tego nie będzie. Więc trzeba stanąć twarzą w twarz z potworem - własnymi obawami, a nawet strachem i jechać do rodzinki, mojej ukochanej ciotuni, we trójkę.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Milczenie...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      ryzawo
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 marca 2011 02:33
    • Ocknęłam się...

      06.03.2011

       

      Ocknęłam się nieco. Żyję jeszcze. Co za ulga. Uffff....

      Pusta szafa została, zimne łóżko, samotne noce też. Poniekąd nic się nie zmieniło odkąd prawie zasnęłam w wannie przepełnionej ciepławą wodą. W jasności umysłu wciąż dopuszczałam do siebie strumień jednak gorącej wody. Przeżyłam. Co za ulga.

      No tak, dookoła praktycznie bez zmian /jak na zachodzie...o zgrozo/.

      A co ze mną...? Wszystko  przecież umarło, nigdy nie wróci, nie odrodzi się ze zgliszczy. Feniks nie istnieje. Czy tak ma być? Czy mnie nie stać już na nic więcej?

      Tere fere...skąd ja to znam. „Przeminęło z wiatrem”? Scarlet, Ret Butler...moi iole. Jestem w domu. Oglądałam ten film dziesiątki chyba razy, znam go prawie na pamięć. Dziewczyna o zielonych oczach...To może ja? W pewnym sensie identyfikuję się z tą południową, krnąbrną, niefrasobliwą i nieokiełznaną dzierlatką. No tak, tylko, że ja jestem kobietą mocno po czterdziestce. Czy mam coś wspólnego ze Scarlet? Nawet jeśli nie, to i tak ją kocham. I Reta Butlera, oczywiście też.

      Przeminęło, czy nie, muszę pozbierać się do kupy i zacząć wszystko od nowa. Pomyślę o tym jutro. Jutro będzie nowy dzień.

       

      No i dobrze. Dzień nowy nastał. I co? Czy widzę jakoś inaczej, czy kolor nieba się zmienił, czy ja, to ja?

      Moje ciało – tak samo oczekujące, moje usta – tak samo namiętne, moje cycuszki – tak samo wrażliwe, a nawet może bardziej.

      A tu nic. Maciek zaginął bez wieści, jak „Zaginiony w akcji”. Tylko, że ja nie zamierzam go odbijać. To dziwne może, lecz nie walczę jak lwica, nie szukam rozwiązań, nie potrzebuję nawet jakiegokolwiek kontaktu. Pustka. Ciemność. Kosmos.

      Żal. Żal?

      Ok, tak ma być. I tak chyba musi być.

       

      Dzieci. One mają swoją nieprzeniknioną duszę. Cóż z tego, że są prawie dorosłe. Cóż z tego. Nie dają po sobie poznać, że cokolwiek je ta sprawa dotyczy. Są zdecydowanie za mną. Ja to czuję. Całym sercem /matczynym/, ale czy tak jest naprawdę?

       

      Natasza. Ma piętnaście lat. Cóż ona może zrozumieć, cóż pojąć? Szkoła jest dla niej najważniejsza. A ja? Matka? Do czorta, mam nadzieję, że też się jakoś tam liczę.

       

      Mateusz. Ma dziewiętnaście lat. Stare chłopisko. On na pewno mnie zrozumie. Już ja to wiem.

       

      W sumie... dzieci. Moje, kochane, jedyne. Liczę na ich pomoc. Nie zostawią mnie na pastwę losu, nie zawiodą.

       

      Co ja do diaska mówię? Opieram jakąś teorię porażki małżeńskiej na dzieciach? Gdzie sens, gdzie logika? Co to wszystko ma znaczyć?

      Olka, weź się do roboty, weź się do jakichś normalnych zajęć. Niech nic cię nie ogranicza. Zapomnij o przeszłości.

      OK?

      Jasne. Oczywiście to jedynie słuszne i mądre wyjście. Zabrać się do roboty, żeby uporać się z niesfornymi, narzucającymi się głupio myślami. Po co mi to. Mało mam problemów.

       

      No i wzięłam się do roboty, ale że uprawiam tzw. wolny zawód, idzie mi to niesporo. Żaden szef mi nad głową nie stoi, nie pogania, żaden plan pracy mi nie doskwiera, żadne ograniczniki i hamulce. Nic, co mogłoby mi pomóc przezwyciężyć totalną niechęć i lenistwo.

      A w głowie mącą mi jakieś mątwy, myśli nie moje chyba. Galimatias i haos.

      Zaczynam rozpamiętywać, dochodzić, doszukiwać się, drążyć. Co takiego się stało, że się stało, to co się stało? Może byłam kiepska w łóżku, może nie takie obiadki gotowałam? Może za mało inteligentna, wygadana, oczytana? Może za mało zarabiałam? Wszystko możliwe. Jednak najbardziej prawdopodobne, to nie do końca wymuskane mieszkanie z balkonem i nie do końca doprasowane nieśmiertelne koszulki. To na pewno te powody. Bo cóż by innego. Przecież byliśmy takim zgranym i partnerskim małżeństwem. Przecież zazdrościły mi wszystkie przyjaciółki. Przecież tak bardzo Maciek był o mnie zazdrosny...Przecież, przecież, przecież... Do diaska z tym. Muszę przerwać te bezsensowne domysły. Niczego nowego one nie wniosą, a Maćka nie było nawet stać na zwykłych słów kilka, które być może załatwiłyby choćby powierzchownie jakieś status quo.

       

      No, dobrze. Pora ocknąć się z tego marazmu i zacząć nowe życie.

      Maciek chociaż raz na tydzień dojeżdża do domu i zostawia jedną, czasem dwie reklamówki z owocami i innymi takimi dopełniaczami. Dobre i to. Czasem zostawia również parę złotych. Filantrop. Pewnie myśli, że nie dam sobie rady sama z dziećmi. No i ma rację. Jak tak dalej pójdzie wylądujemy pod mostem. Łatwiej zdecydowanie wygłaszać deklaracje, wyznaczać cele, priorytety. Znacznie trudniej oderwać się od myśli natrętnych, od ogólnej niemocy i niechcenia podskórnego. Przydałby mi się może psychoanalityk.

       

      Natasza, moja kochana córeczka...jaka ona dorosła. To aż dziwne. Może mi się tylko wydaje. To niemożliwe przecież, żeby kompletnie nie odczuwała odejścia ojca. Taka córunia tatunia. Niemożliwe. Jednak zachowuje się, jakby w ogóle nie było tematu. To naprawdę aż dziwne. O zgrozo, ja w ogóle nie znam swojej córki.

      A Mateusz? Nie dostał się do Szkoły Teatralnej, za bardzo nie ma pomysłu na życie, w ucieczce przed wojskiem zaczął studia na Uniwersytecie, na niepotrzebnej nikomu Filologii Klasycznej, a tu masz babo placek. No tak, ale Mateusz zawsze spada na cztery łapki, cokolwiek to znaczy. Zawsze mu się upieka, udaje. Poradzi sobie.

      Najlepiej na tym zamieszaniu wychodzi nasza kochana suczka Spinka. Wszyscy teraz szukamy u niej choćby namiastki wsparcia. Chętnie wychodzimy na spacerki, przytulamy, głaszczemy, dopieszczamy. Kochana Spineczka, taka przymilna i cieplutka i w ciągłym oczekiwaniu na dotyk ręki i dobre słowo.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ryzawo
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 marca 2011 01:23
    • Kiedyś, bardzo kiedyś...

      06.03.2011

       

      Dziś rozpoczął się nowy, wyjątkowy, być może, serial w TVN...tytuł zapodział mi się gdzieś, ale związany jakoś pokrętnie z kuchnią życia..??? ecie pecie... takie tam.

      I jakbym rakiem cofnęła się o te 16 lat, które były rocznicą "wspaniałego pożycia małżeńskiego" w tym serialu.

      Ironia życia..poniekąd... tu serial, a tam życie..tak po prostu!!

      Od 7miu lat piszę wiersze, raczej mocno nostalgiczne. W międzyczasie popełniłam kawałek prozy, też raczej nostalgicznej. Wszystko pewnikiem pod wpływem zwykłych życiowych przeżyć, które dotykają każdego z nas... No, ale czemu dotknęły właśnie mnie??? To takie myślenie tzw. przecietnego Polaka...haha.

      No to zaczynam....

       

      Wcale nie przypuszczałam, że to wszystko będzie takie trudne. Przeczuwałam, że coś jest nie tak, że wokół mnie krąży jakaś pustka, że brakuje emocji, uczuć, kochania. Początkowo nie mogłam pojąć, co takiego się stało. Żyłam byle jak z dnia na dzień, bez specjalnych planów.

      Nagle, któregoś dnia po prostu otworzyłam szafę i...wielka zdziwka. Szafa opustoszała, gdzieś zapodziały się krawaciki, koszulki, garniturki w dowolnych kolorach i deseniach. Zajrzałam do szuflad...o zgrozo, nie ma również majteczek, skarpeteczek, pidżamek i innych pierdułek męskich. Gdzie się to wszystko podziało? Niechybnie bajka o krasnoludkach jest jak najbardziej nie bajką. Były, rozpanoszyły się, wyniosły jak swoje.??? A to ci heca. Trzymałoby się może to wszystko kupy, gdyby nie fakt, że dotychczasowy właściciel tychże, też dziwnym sposobem ulotnił się jak kamfora.

      No nie, przecież to tylko potwierdzenie mojej teorii. Kiedy na przyjacielskich wieczorkach wszystkie przyjaciółeczki zachwycały się do bólu moim własnym, osobistym  mężem, całkiem spokojnie stwierdzałam po prostu:

      -          Dziewczyny, co wy mówicie. Jaką macie marną wiedzę o mężczyznach. Przecież mój mąż jest taki sam, no, w pewnym tylko względzie, oczywiście, jak   inni. Nosi spodnie, w nich rozporek, a w nim pewien niczego sobie instrumencik, który zawsze gotów jest do poświęceń dla wyższej sprawy.  Zagra mu kiedyś ten instrumencik, a on nie patrząc na nic zapewne skorzysta z okazji...jak inni, oczywiście, nawet bardzo kochający. I to wszystko na ten temat.

      -          Coś ty, przecież Maciek tak cię kocha, przecież jest o ciebie potwornie zazdrosny, przecież stanowicie tak wspaniale dobraną parę, przecież tak się rozumiecie, przecież, przecież, przecież...

      -          Może na dzień dzisiejszy tak jest na prawdę, ale niechby się w gówno zamieniły moje słowa, gdyby nie były sensowne /sorry, tak zawsze mówił mój tata świętej pamięci/.

      No i masz babo placek. Słowa w gówno się nie zamieniły, a sens nabrał sensu. Stało się to, co miało być niemożliwe. Stało się i już. Pusta szafa, zimne łóżko, wolny czas, aż za dużo czasu. Do licha, co z nim będę robić, co z wieczorami, co z tymi cholernymi nocami. Jak to przetrzymam? Do diabła z tym wszystkim. Tyle lat poszło się kąpać.

      Nie myśląc za wiele, zamknęłam szafę i sama poszłam się kąpać. Pachnąca pianka, eteryczny olejek sosnowy, dobrze ciepła woda, piweńko. Tego mi teraz najbardziej potrzeba. Zapadłam się w lekką nicość, milutkie ciepełko ogarnia moje cokolwiek obolałe piekielnym odkryciem ciało. Ciało?? Kto teraz będzie czule pieszczoszkał moje wydatne cycuszki, niesamowicie uwrażliwione stópki, szyjkę, włoski pod włos...Dociera powoli bolesna prawda. Mam  być sama? Jak palec? Bez mężczyzny? To jakiś niezrozumiały matrix, kosmos. Chce mi się wyć nieprzytomnie, zaczynam dławić się własnymi gorzkimi łzami. To wszystko jest jakieś niewyobrażalne. Jak poradzę sobie z samotnością? Czyżby życie dobiegało końca, czy to świat naraz zwariował, a może to w ogóle właśnie koniec tego świata.

      A co z dziećmi? Czy może wcześniej zorientowały się, może coś do nich dotarło? A może żyją w jakiejś szczęśliwej nieświadomości i będą chciały w niej pozostać? Ale przecież w końcu są prawie dorosłe. No nie takie całkiem. Może zrozumieją. Może w ogóle się nie zorientują. Boże, co to przychodzi do głowy w sytuacji bez wyjścia, ostatecznej jakiejś.

       

      A może wcale nie jest taka ostateczna. Może po prostu wyjechał. No, ale powinien przynajmniej zadzwonić. Nie. To jakaś bzdura. Gdyby tylko wyjechał, na pewno by zadzwonił. To oczywiste. Nawet zapowiedziałby ten swój wyjazd. No, a już na sto procent nie zabrałby absolutnie  tych wszystkich, cholernych, wymuskanych garniturków. Musiałby chyba wybierać się na koniec świata i to na dłużej.

      Ale ciepło...może nawet za bardzo. Zaraz chyba dostanę cholernego zawału, czy czegoś takiego.

      Dobrze, że mam jeszcze piweńko. Znieczulę się i jakoś to będzie, przynajmniej na dzisiejszy wieczór. No tak, o czym ja myślę. Przecież niedługo wrócą kochane moje dzieciaki. Co ja im powiem? A może to wszystko moja wina? W końcu nie byłam taka niewinna czarodziejka. Lekko zdarzało mi się nagrzeszyć. No tak, ale czy ktoś o tym wiedział, czy się wyniosłam z domu, czy zostawiłam wszystko na pastwę losu? Boże, jak mi się zawaliło wszystko na moją biedną główkę. Jaka ja do licha nieszczęśliwa. Jak sobie z tym mam poradzić? Gdyby żył mój tata, na pewno poradziłby mi i pomógł w tej dramatycznej, bezsensownej sytuacji...

      Stary, gdzie jesteś do diabła? Dlaczego nie ma cię przy mnie? Tak bardzo przydałoby się twoje niepowtarzalne poczucie humoru, twoje proste rozwiązania, ty sam przydałbyś mi się bardzo.

      Dlaczego mnie tak zostawiłeś, znienacka. Teraz sama muszę bujać się z własnymi problemami. Sama, sama, sama, kompletnie sama. Rozpacz mnie ogarnia. A może zrobić tylko lekki unik i niech piekło pochłonie to, co ma pochłonąć i tak. Po co się męczyć. Piekło..? Przecież tam jest totalny upał, a ja  leżę sobie w już lekko chłodnej wodzie. I zaraz chyba będą dzieci. Koniec tego użalania się nad sobą. Śliczna, weź się w garść. Doprowadź do porządku to swoje niesforne serce i  całą resztę. Baczność i do życia wystąp.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ryzawo
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 marca 2011 00:21